MODE2Joy / Forum / Google+ / Facebook / YouTube / Twitter / Main

MODEontheROAD

Exciter Tour: 2001.06.04 - 2001.11.05

Exciter Tour: Berlin

Tour Diary / Crew on Tour / Song Index / Top Index / FAQ / Wiecor Bootleg Trade
Exciter Tour In My Eyes / Fans reports the concerts / Blog MODE2Joy: Exciter Tour

Exciter Tour: Berlin, Waldbuhne Arena / 2001.09.05

_

Exciter Tour In My Eyes | Berlin: Pierwszy koncert.

_

05 września 2001, Waldbuhne, Berlin

Pociąg do Berlina waśnie ruszył z Centralnego, jechaliśmy na nasz pierwszy, po Warszawie, koncert depeche MODE. Cały poprzedni dzień spędziliśmy na załatwianiu wszystkich spraw związanych z wyjazdem. Ponieważ poniedziałku (dzień po koncercie) nikt z właściwie nas nie pamiętał, tak naprawdę Tuesday był tym pierwszym dniem, w którym mogliśmy cokolwiek załatwić. Jeszcze dodatkowa rolka filmu, dodatkowe baterie, puszki, DMarki, ostatnie spotkania z tymi, którzy zostawali w kraju, ale też ostatnie domawianie się z ludźmi, z którymi mieliśmy spotkać się w Berlinie. Nikt z nas w wtedy nie przypuszczał, że na tym wyjeździe zobaczymy tak wielu znajomych ze zlotów z całej Polski.

Pociąg wytoczył się z tunelu i zmierzał do Zachodniego, a nasza załoga w składzie: Jack, Karaś, Turysta, Łuki i Martini, zainaugurowała wyjazd otwieraczem w stolikach, bo te w scyzorykach leżały w plecakach :-). Każdy wzniósł tym co miał. Po krótkim czasie dołączyła do nas Ula + dwóch kolegów z Krakowa. Później przyszedł czas na rekonesans pociągu. Nie wypadł on rewelacyjnie, ale też nie wszyscy jechali z Warszawy, był tam też Więcor, który jechał na spotkanie ze swoją załogą czekającą już Berlinie.

Po zaliczeniu kontroli granicznej, do Berlina dotarliśmy około 13.00. Wysiedliśmy na Ostbahnhof i wsiedliśmy w S-Bahn. Po przejechaniu kilku stacji, na Warschauer Strasse po stronie wschodniej miasta, przesiedliśmy się w U-Bahn U1. Po kilku minutach drogi znaleźliśmy się na stacji Schlesischer Tor, już po stronie zachodniej. Hostel o swojskiej nazwie Die Fabrik, w którym mieliśmy zarezerwowany pokój, znajdował się na Kreuzbergu, właśnie na ulicy Śląskiej. I jak sama nazwa wskazuje było tam od pyty Turków; później poznaliśmy jeszcze inne nacje, ale to dalej.

W drodze do hostelu poznaliśmy Niemca z Kolonii, który szykował się na swój pierwszy koncert, a przed nim była cała trasa niemiecka. W Die Fabrik dowiedzieliśmy się, że możemy się zakwaterować dopiero od 15, więc zostawiliśmy rzeczy i podreptaliśmy na obiad.

Mieliśmy jeszcze jeden problem: nas było 8 osób, a pokój był zarezerwowany dla nas czterech. Poradziliśmy sobie i z tym. Jack, Karaś, ja i Turysta weszliśmy normalnie, a Łuki i Ula zostali przemyceni "na chwilę". Przebraliśmy się i razem z pozostałymi na dole kolegami z Krakowa, ruszyliśmy na Waldbühne.

Ja miałem jeszcze jeden problem. Otóż mój bilet na pierwszy koncert berliński, lakonicznie mówiąc, został unicestwiony przez siły niezależne ode mnie. Szedłem więc na koncert z nadzieją, że konie nie będą chcieli za dużo za nowy bilet. W tym momencie po raz pierwszy historia życia z hotelu Bristol ujawniła swoje bonusy. Przyszedł z pomocą Jack. Jego ciężka noc poprzedzająca jeszcze warszawski koncert opłaciła się:-) Finał był taki, że dzięki przeżyciom i przysłudze wyświadczonej kilku osobom z otoczenia zespołu, m.in. Ivan Kushlick (Tour Manager) miał wobec Jacka mały dług, który, jak się później okazało, odebraliśmy z nawiązką. Jack zadzwonił tam gdzie miał zadzwonić:-) I udało się! Bilet miał czekać na mnie w kasie Amfiteatru. Do biletu miał być jeszcze dołączony pewien bonus... Ponieważ w Warszawie nie doszło do skutku nasze After Show Party z zespołem, Jack miał obiecane, że do takiego spotkania dojdzie tego wieczoru. Cieszyliśmy się z tego jak dzieci. Co prawda nie docierało to do nas jeszcze, ale im bliżej Waldbühne, tym adrenalina skakała mocniej. Początkowe niedowierzanie, że to jednak będzie prawda i spotkamy się z zespołem przerodziło się w radość, euforię i snucie planów w metrze. To było za piękne, aby było prawdziwe...

Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że nie odbiorę biletu w kasie lecz przy wejściu dla gości! Tutaj czekała już na nas koperta z biletem i czterema backstage'ami. Nie wierzyliśmy do póki nie otworzyłem koperty i obok "bezcennego" biletu znajdowały się 4 żółte plakietki uprawniające do wejścia z kulisy po koncercie. Oooo tak byliśmy na Meet & Greet!!!

Tak podbudowani, uprzednio dobrze schowawszy sprzęt fotografujący, weszliśmy do środka i od razu waliliśmy pod scenę, bo tylko tam widzieliśmy swoje miejsce. Na szczęście Germany to taki dziwny naród, który koncert traktuje, jako miłe spędzenie wieczoru, a nie jak przeżycie i nie lecą jak stado baranów na oślep pod scenę. Nie mieliśmy żadnego problemu, aby dostać się tam, gdzie zamierzaliśmy, mimo, że na płycie było już całkiem ciasno. Staliśmy tuż przed schodami. Dla wyjaśnienia: na Waldbühne scena nie kończy się ścięciem, lecz schodami, które biegną w dół do płyty. Na tych schodach mogli stać ludzie. Widzieliśmy tam np. Serka z ekipą. To, że była tam liczna reprezentacja z naszego kraju, nie warto nawet wspominać, to już standard. Nasza ekipa + Więcor i Wacek, a Witek z Ostrowa Wlkp. stał tuż za tymi schodami i pewnie tysiące ludzi, których nie, a nie był to już pierwszy koncert na trasie i byli z Polski. Żeby można było coś widzieć to między pierwszym rzędem ludzi, a schodami był mały pas ziemi niczyjej, który potem wykorzystaliśmy.

Ponieważ były to czasy, gdy już co prawda komórki działały, ale nadal przepływ informacji był... słaby, więc o koncercie w Pradze 2001.09.04 dowiedzieliśmy się stojąc pod sceną. My tu, nabuzowaniu koncertem z Warszawy, afterem i całą trasą zostaliśmy przez Dave'a sprowadzeni na ziemię. Okazało się, że Dave wyżej cenił koncert w Pradze, niż w Warszawie. Na pocieszenie pozostawał fakt, że na sukces koncertu w Pradze pracowało wielu Polaków.

_

Fad Gadget.

Około godziny 20 na scenę wyszedł Fad Gadget. Tej nocy widzieliśmy ich po raz pierwszy. Oczywiście jak to bywa w przypadku zespołów rozgrzewkowych, mieli ciężką przeprawę. Fani praktycznie od samego początku dawali wyraźnie do zrozumienia, że na bilecie napisane jest depeche MODE, a nie Fad Gadget. Jednak w porównaniu do nijakiego występu Technique w Warszawie, tym razem support był na dobrym poziomie i co trzeba przyznać, z koncertu na koncert zyskiwał coraz większe grono fanów. Również w naszym gronie zespół ten zyskał pochlebne opinie, a Back To Nature i Ricky's Hand były nucone na przemian z depeche MODE. Po 45 min pierwszego ich występu na tej trasie, chłopaki szybko zniknęli za sceną i przez następne 20 min obsługa techniczna uwijała się na scenie w pocie czoła. Z głośników płynęła muzyka, która prawdę mówiąc niewiele przystawała do stylistyki depeche MODE i była ambiwalentnie przyjmowana. Dopiero informacja o tym, że autorem remixów jest Mr. M. L. Gore sprawiła, że niektórzy nagle zaczęli podchodzić do sprawy z większym zrozumieniem, ale chyba dlatego, że jest to robota Martin'a, a nie dlatego, że nagle się spodobała komuś. Na akceptację remixów też potrzebna była chwila i w miarę rozwoju trasy również i ten fragment programu wzbudzał zainteresowanie. Zresztą niektóre fragmenty były na tyle rozpoznawalne, że można było bez zegarka zorientować się, że już czas...

...na koncert.

_

Wybiła godzina 21. Pociemniało, pobłyskało i stało się. Po kolei wychodzili na scenę. Dalej potoczyło się wszystko wg planu. Martin zagrał Surrender [21], które usłyszeliśmy w tym wykonaniu pierwszy raz. Przyznam się, że mi nie spodobało się. Też potrzeba było trochę czasu na przyzwyczajenie się do głosu Martin'a na wokalu i do wersji akustycznej tego numeru.

Przez cały koncert zajmowaliśmy się dźwiganiem Uli na barana :-), ponieważ tej nocy albo ona albo Jack robili za nadwornych fotografów. Tylko dlaczego potem to mnie i Karasia bolały ramiona...? :-)

Od Enjoy The Silence [84] wykorzystywaliśmy ten tzw. pas ziemi niczyjej do tańczenia. Nie tylko patrzyliśmy na koncert, ale też i tańczyliśmy w rytm muzyki. Można powiedzieć, że wytworzyliśmy pewien klimat zlotu. Z tą jedynie różnicą, że zamiast DJ'a muzykę na żywo serwowało nam depeche MODE :-) Udawaliśmy Dave'a jak tylko potrafiliśmy najlepiej. Obserwując Niemców, wywnioskowaliśmy, że czasami nie wiedzieli czy patrzeć na zespół, czy na nas... Po raz kolejny pokazaliśmy co Polacy potrafią :-)))).

Dave na scenie był dziki. Jednak mimo tego, że było ciepło (o wiele cieplej niż w Warszawie i nie padało), nie mógł się zdecydować czy się rozebrać czy nie:-) Najpierw był w marynarce. Na Halo [84] wyskoczył już w kamizelce, ale na wolniejsze kawałki ponownie zakładał marynarkę. Na Enjoy The Silence [84] ponownie była kamizelka. Ale jak już się zrobiło na scenie szybciej i głośniej, czyli od I Feel You [84] do końca Personal Jesus [84], biegał tylko w spodniach. Na bisy wyskoczył znowu w marynarce, tylko po to, aby na Never Let Me Down Again [84] ponownie ją zdjąć i szaleć z dziarami na wierzchu :-).

Sam koncert był niesamowity. Wspaniała akustyka, zajebista publika, jak i klimat samego miejsca sprawiły, że przeżyliśmy coś trudnego do opisania. Wspaniale w tym miejscu było usłyszeć Waiting For The Night [83]. Przejrzyste powietrze oraz architektura Venueu sprawiły, że ten numer uzyskał najbardziej krystaliczny dźwięk z możliwych. Natomiast, gdy Dave uciszył publikę pod koniec When The Body Speaks [84], zrobiło się naprawdę cicho, niczym w zamkniętym pokoju, a przecież jest to Venue otwarty...

Szaleństwo publiki, jak i nasze oczywiście, było niesamowite. Będąc tam, odnieśliśmy jednak wrażenie, że apogeum osiągnięto przy Black Celebration [82] i Never Let Me Down Again [84]. Ostatni utwór to jedno wielkie machanie rękami. Naprawdę, trzeba było tam być, żeby to w pełni przeżyć. Na niebie gwiazdy, ze sceny walą światła, a na około 40000+ tys. par rąk... Do tego na trybunach odpalono czerwone race. Mimo, że wyglądało to trochę na zagrywkę z meczów piłkarskich, jednak tylko dodało klimatu do końcówki koncertu.

depeche MODE zawsze dawało bardzo dobre koncerty w Berlinie. Od niejednego Niemca słyszeliśmy, że to miasto jest miastem depeche MODE, zespół doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Zaraz po koncercie ludzie zaczęli udawać się w kierunku wyjścia. Jakieś 15 minut wspinaczki pod górę. My tymczasem udaliśmy się w przeciwnym kierunku, na spotkanie z zespołem...

Martini & Jack

_

ETIME | Warszawa: Budowa sceny

ETIME | Berlin: Spotkanie z zespołem

_

comments powered by Disqus

_


Tour Index

Early Days

Speak & Spell Tour

See You Tour

A Broken Frame Tour

Construction Tour

Some Great Reward Tour

Black Celebration Tour

Music For The Masses Tour

World Violation Tour

Devotional Tour

Exotic / US Summer Tour

Ultra Promo Shows

The Singles Tour 86 98

Exciter Tour

Touring The Angel

Tour Of The Universe

The Delta Machine Tour

1979-1981

1981-1982

1982

1982-1983

1983-1984

1984-1985

1986

1987-1988

1990

1993

1994

1997

1998

2001

2005-2006

2009-2010

2013-2014


Exciter Tour In My Eyes

ETIME | Warszawa: Prolog

ETIME | Warszawa: Budowa sceny

ETIME | Berlin: Pierwszy koncert

ETIME | Berlin: Spotkanie z zespołem

ETIME | Berlin: Pod hotelem

ETIME | Monachium: Koncert

ETIME | Oberhausen: Koncert

ETIME | Mannheim: Ostatni raz na trasie

ETIME | Epilog


Tour Diaries

Devotional Tour

The Singles Tour 86 98

Exciter Tour

Tour Of The Universe


Blog MODE2Joy

Artykuły nawiązujące do Exciter Tour

Ogólnie o koncertowaniu depeche MODE


Maps

Show Exciter Tour 2001 on bigger maps.


Gallery of Exciter Tour


© [MODEontheROAD.com] Team 2009 - 2015 | version 4.5 | Contact: e-mail |